Podróż zimowa 2


Link 01.01.2008 :: 19:10 Komentuj (4)
...czyli spacer z widokiem na Tatry. Odwiedzamy Kościelisko, Dzianisz i Chochołów.

Śniegu, co się z tobą dzieje?
nowy adres, imię, stan?
Nasze dymy, nasze spraye:
przez te fraszki -tyle zmian?
(VI, fragment)
Stanisław Barańczak, Podróż zimowa. Wiersze do muzyki Franza Schuberta





Każdy dom, chatka,każda droga lub drożyna, potok lub strumyczek uwydatnia sie, gdyby na rozłożonej na stole mapie. Osobita na zachodzie poczyna szereg Tatr...



Krzepienie się w czasie wycieczki wódką, likierem lub arakiem należy do szkodliwych i niebezpiecznych zwyczajów, bo upajający trunek tępi w nas przytomność umysłu, czego nam właśnie na górach jak najwięcej potrzeba. Niesłuchanie tej przestrogi może być powodem wielkiego nieszczęścia.Raz jeden słynny przewodnik tatrzański, Jędrzej Wala, był zmuszonym poroztłukać gościom flaszki z trunkami, którym się podjął przewodniczyć, gdy upomnienia jego nie skutkowały, a miejsca do przebycia przychodziły takie, na których brak zupełnej przytomności mógł tego lub owego życia pozbawić.


Okna w chatach tatrzańskich są zawsze na południe zwrócone i okratowane, drzwi mocne, z dobremi zamkami, lecz niskie, iż nieprzyzwyczajeni do tego przy wchodzeniu lub wychodzeniu schylać się musimy, zapomnienie zaś bolesnemi uderzeniami w wierzch głowy przypłacimy.


Chochołów, wieś
duża, zbita, dom przy domie, zasłynęła w r. 1846 powstaniem przeciw Austryi. Żyje jeszcze kilku przywódzców, co siedzieli po twierdzach w więzieniu za ojczystą sprawę. Tutejszy proboszcz ksiądz Józef Kmietowicz i organista Jan Andrusikiewicz okryli sławą to zakącie Podtatrzańskie. Były to postacie mogące służyć za przykład do życia drugim. Pracowali oni wspólnie nad oświatą ludu w duchu narodowym i tak umieli pozyskać zaufanie i miłość swoich parafian, że na wezwanie ich r. 1846. stanął lud uzbrojony do boju za wolność ojczyzny. Poddały im się straże graniczne austryjackie, oddano im pieniądze, a gdy z Nowego Targu komisarz od tak zwanych financwachów Fiutowski na czele oddziału swoich podkomendnych i spędzonego chłopstwa wyruszył do Chochołowa dla uwięzienia księdza Kmietowicza i Andrusikiewicza, wystąpiła wieś uzbrojona w ich obronie.


Od Chochołowa jedzie się już po najniegodziwszej drodze, bo choć równa, ale zasiana kamieniami czyni przestrzeń dwumilową aż do Kościelisk, trudną do wytrzymania. Ujechawszy ćwierć mili, dostajemy się po moście na zachodnią stronę Dunajca, potem przez Witów mijając od wschodu widną osadę Dzianiś.

Ze zwierząt w Tatrach należą do osobliwości:orzeł, kozica i świstak. Użytku jako i szkody z nich niema, ale są one wielką ozdobą.



"Illustrowany przewodnik do Tatr i Pienin przez Walerego Eljasza" 1886
i "Illustrowany przewodnik do Tatr, Pienin i Szczawnic pisał i illustrował Walery Elijasz" 1870
pisownia oryginalna.


Praga, zapowiedź


Link 29.01.2008 :: 21:35 Komentuj (3)
Posypały się na mnie gromy, że obrazki leżą.
Więc na razie zapowiedź kolejnego wpisu, który jutro lub pojutrze.




Śladami Kafki i Muchy [Praga]


Link 30.01.2008 :: 19:59 Komentuj (9)
Idziemy ulicami nowo wybudowanego miasta, ale nasze kroki i spojrzenia są niepewne. Wewnątrz drżymy tak samo, jak w starych uliczkach nędzy. Nasze serce nie wie jeszcze nic o wprowadzonej asenizacji. Niezdrowe, stare żydowskie miasto jest w nas o wiele bardziej realne niż higieniczne nowe miasto wokół nas. Czujnie idziemy snem, a raczej duchem minionej epoki.
Franz Kafka


Pomnik Franza Kafki








Najsłynniejszy Nepomuk, z Mostu Karola. Należało dotknąć na płaskorzeźbie spadającego do Wełtawy, by spełniły się życzenia. Dotknęliśmy, więc się spełnią.


















zapowiedź: prowincjonalia,


Link 11.02.2008 :: 20:15 Komentuj (4)
czyli z prawej strony Wisły zwężają się tory.
Więcej zdjęć niebawem.

Bo taki nam się trafił rozstaw osi
i wiemy, co możemy zdziałać nim.

...gdy stację się osiąga docelową, choć wąski tor, niewąską frajdę masz...
(Leszek Aleksander Moczulski, Hymn kolejarzy wąskotorowych)


Prowincjonalia [Kazimierz Dolny i okolice]


Link 12.02.2008 :: 22:42 Komentuj (7)
Zusman Segałowicz
O MAŁYCH MIASTECZKACH
Nad małemi miasteczkami wisi wielkie niebo.
Biedne izby cale w słońcu kąpią się i lśnią.
Tam na dachach, tam na gontach czulą się gołębie.
Do otwartych okien płyną roje much.
[...]
Brzeg podmywa na uboczu wartki strumyk.
W dnie i noce modlą się szumiące lasy.
A na przyzbach siedzą ludzie wieczorami
Rozmarzeni, zapatrzeni w dal.
Stamtąd, z tych miasteczek, przybywają nam pieśniarze
Jak kapłani z dumą w oczach przestępują próg.
przyklękamy wszyscy razem cudem zachwyceni.
Stamtąd, z tych miasteczek, mówi do nas Bóg.
Wczoraj śpiewałem, przeł. Maurycy Szymel, Ch. Brzoza, Warszawa 1932,s. 22

Dzisiejszy Kazimierz nie przypomina tego, o którym pisał żydowski poeta, może bardziej Cepelię w mariażu z antykwariatem. Ale warto tam wybrać się, zajrzeć w boczne dróżki, może uda się odnaleźć coś autentycznego, czego nie zniszczył upływający czas.

Jak zawsze podwójne kliknięcie pozwoli obejrzeć zdjęcia w oryginalnym rozmiarze.














A poniżej ze specjalnym pozdrowieniem dla tych, co taki lubią rozstaw osi.








...choć wąski tor, niewąską frajdę masz...

I na zakończenie dwa  ze spotkanych ludowych Nepomuków.






Pożegnanie zimy


Link 10.03.2008 :: 20:50 Komentuj (0)
Już ponad rok spotykamy się tutaj. Z tej okazji ,bo każda jest dobra, serdeczne pozdrowienia dla Przyjaciół, Znajomych, Wytrwałego Oponenta, a także Przygodnych Zaglądaczy. Dziś żegnamy zimę, której nie było.




Wiosną lody ruszyły, Panowie Przysięgli.
Zakwitają pustynie, śnieg się w słońcu zwęglił,
Bóg umiera na Krzyżu, ale zmartwychwstaje,
kurczak z pluszu wysiedział Wielkanocne Jaje,
baran z cukru nie martwi się losu koleją,
świtem ptaki w niebieskim zapachu szaleją.
Tyle razy to wszystko już się wydarzyło,
więc dlaczego przed strachem chowamy się w miłość?
Jacek Kaczmarski, Cztery pory niepokoju











Do zobaczenia pewnie w kwietniu.


Wiosenna włóczęga - Ukraina, Mołdawia


Link 26.03.2008 :: 20:20 Komentuj (5)
Za kilka dni pokażę solidniejszą relację z wiosennej wędrówki, na razie kilka szybkich migawek.Wszystko zaczęło się od ochoty, by odwiedzić Wilkowo, tzw. ukraińską Wenecję, dopóki jeszcze istnieje. Wieś (miasteczko?) gdzie niektóre ulice to kanały.
Jak zwykle podwójne kliknięcie spowoduje większy rozmiar zdjęcia.




Do delty Dunaju jechaliśmy przez przez zachodnią Ukrainę...





...i Mołdawię




Wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego dotarliśmy na Krym.

Stepy szerokie zostały zamienione w bezkresne uprawne pola, a za nimi na horyzoncie Góry Krymskie.

Chmury jak z obrazów Ajwazowskiego. Pochodził z Teodozji.

Cerkiew w obrębie twierdzy genueńskiej w Teodozji.

Na Krymie można spotkać wiele ormiańskich cerkwi, z bogatą misterną ornamentyką.

Reklama nad szosą.

Droga do Jałty, a na niej...

mołdawscy rowerzyści.

Na przystanku czekają na coś osiołki. Jedziemy dalej.

Bachczysaraj - stolica krymskich Tatarów.

W drodze do Czufut Kale spotykamy pracujących mnichów.


Zaułek w Eupatorii, mieście Karaimów, Tatarów i Greków.


Nie tylko Polak potrafi.

Kwitną już sady.

Powrót przez ulubioną Rumunię.

Żegnamy się do następnego odcinka.


Wilkowo [Ukraina, Delta Dunaju]


Link 01.04.2008 :: 20:32 Komentuj (4)
Wilkowo (ukr.Вилкове) -miasteczko na Ukrainie w obwodzie odesskim, liczy 9 200 mieszkańców. To region unikalny zarówno pod względem historycznym jak i etniczno – kulturowym.
Miasto leży w Delcie Dunaju, która wraz ze swoimi bagiennymi terenami jest jednym z czterech takich miejsc oficjalnie wpisanych przez UNESCO na listę Światowego Dziedzictwa Kultury.Mieszka tam społeczność Lipowian, potomków starowierców, którzy opuścilli Rosję w roku 1772 przed prześladowaniami religijnymi.  Niestety, Wilkowo jest podobnie jak cała Ukraina bardzo zaniedbane. W wodzie pływa mnóstwo śmieci, plastików, uliczki są brudne i krzywe, drewniane chodniczki i mosticzki nierówne i przegniłe. Mimo widocznego zaniedbania, rozpadu i dekadencji, Wilkowo ma swój niepowtarzalny urok osady zapomnianej przez ludzi i zatrzymanej w czasie.Podobno w lecie jest inaczej, przyjeżdżają turyści, ekolodzy, poszukiwacze przygód. My byliśmy poza sezonem. Może lepiej.

Jak zawsze podwójne kliknięcie spowoduje zwiększenie rozmiaru obrazka.


Osiemdziesiąt kilometrów na południe od Odessy. Region - plamka na
wielkiej mapie Ukrainy. Przyciąga wzrok swoja groteskową odmiennością.
Na mapie nie jest nawet zielony, jak reszta lądu a jakiś
blado-seledynowy, poprzecinany sznytami niebieskich rzęsek. Czyli
mokradła. A na dodatek język granicy mołdawskiej wulgarnie wcina się w
teren. Piętnaście lat temu malutka Mołdawia zagroziła wielkiej
Ukrainie domagając się tego języczka terenu. Formujące się wówczas
państwo ukraińskie bez żalu i sprzeciwu odstąpiło ząbek terytorium.
Całe sześć kilometrów na wpół asfaltowej drogi wśród bagien. Jedynej
zresztą w tej okolicy. Gest niemal symboliczny. Tak jakby Kijów chciał
powiedzieć: „A bieritie”. I zapomnieć. Nas naprawę nie interesuje co
się znajduje na osiemdziesiątym kilometrze na południe od Odessy.
Wilkowo. Nie od wilków co skowyczą tu nocami bo taka to dziura ale od rozwiłki,
rozszerzenia rzeki na mniejsze odnogi tworzące tu rozległą deltę. Tam
właśnie, pomiędzy dwoma wielkimi kanałami umiejscowiło się Wilkowo. A
tą rzeką jest Dunaj, największa wstęga Europy. W tym miejscu żegna się
z kontynentem wpadając do Morza Czarnego. Wenecja Ukrainy Mówi się na
to miejsce „Wenecja Ukrainy” obarczając z góry wioskę należną jej
dawką szyderstwa i szacunku. W tej nazwie kryje się cała pogarda i
śmiech z biedoty i zacofania, jak i pokora wobec osobliwego piękna
tego miejsca, w którym odważyli osiedlić się ludzie.
"Wenecja Ukrainy" Wilkowo jest gęstwiną krzywych glinianych domków i trzech
ogromnych cerkwi pobudowanych przez znamienitych architektów z darów
żyjącego tu pobożnego ludu. Niektóre budynki liczą dwieście i więcej
lat. Jedna główna ulica przecina tę dziwną wieś, która nie ma żadnego
z góry założonego planu. Tu projektantem była sama przyroda
narzucająca z góry ograniczenia na ludzkie możliwości. Położone nad
gigantyczną odnogą Dunaju – Suliną – samo oplecione jest siecią
dziesiątków mniejszych i większych kanałów. Różne drobne i przerywane
rzeczkami uliczki rzadko są opatrzone nazwami. Ten przywilej należy
się tylko wodzie.




'


Pieszo po wyspie nie chodzi się chodnikami, ale po mosticzokach.
Drewnianych kładkach na palikach; krzywych, zbijanych przez
mieszkańców, często przegniłych, wymagających ciągłego remontu. Stuki,
skrzypy i plaski. Idziesz mosticzokiem wąskim na 40 centymetrów, a z
naprzeciwka dzieci pędzą przed sobą chmarę gęsi. Ale nie dochodzi do
kolizji, nikt nie wpada do pokrytej rzęsą wody.





W Wilkowie poza łódkami funkcjonują inne środki lokomocji, poruszając się z trudem po wszechobecnych betonkach. "Betonka" to droga ułożona z betonowych płyt, nierównych i często dziurawych. Jazda po nich stanowi niezapomniane przeżycie.



Pogotowie ratunkowe? Domowa pomoc medyczna?

Motocykle z przyczepą to nadal bardzo często widziany pojazd na ukraińskich drogach.





Sklep. A w sklepie, jak i w wielu innych, drewniane liczydło.







Wszechobecny budulec to eternit i beton, stąd dominująca w miasteczkach, miastach i wsiach byłego ZSRR jest barwa szara, kolor asfaltu i wódki, o której tak często pisał Josif Brodski.






W każdym mieście, miasteczku, nierzadko i wsi na głównym placu stoi pomnik Lenina w zwyczajowej pozie. Głowna ulica większości ukraińskich miast to nadal Prospekt Lenina.




Mieszkańcy miasteczka.





Z każdego punku Wilkowa widać okazałą cerkiew w ulubionych na Ukrainie barwach.
 A wokół pałęta się mnóstwo bezpańskich psów i kotów.



W takich klatkach na słupach siadują milicjanci, by obserwować ruch uliczny.
Niestety, nie udało nam się zastać władzy na posterunku.
Jeszcze pożegnalny spacer nad wodą.



Warto odwiedzić Wilkowo, dopóki jeszcze istnieje. Władze ukraińskie planują na miejscu tego miasteczka zbudować wielki, nowoczesny port, mokradła osuszyć, a Sulinę (odnogę Dunaju)  uregulować i pogłębić.



Ukraińskie drogi


Link 08.04.2008 :: 21:45 Komentuj (2)
Trochę zdjęć z ukraińskiej włóczęgi. Różne drogi, pogody, krajobrazy.

Kilka obrazków z drogi przez Ukrainę i Mołdawię.

 Zahaczyliśmy też o dziwaczną Republikę Naddniestrzańską.

Naddniestrze nie jest uznawane przez żaden kraj, jednak ma własne służby(?) graniczne(?), groźnych wąsatych mundurowych, własne przepustki, bo nie maja prawa wbijać pieczątek do paszportów. I własną biedę.

Wstępu do naddniestrzańskiej biedy broni rachityczna barierka. I mundurowi w wielkich czapach.
Drogi bywały takie...

...takie...

...i owakie.



Izmaił, mijanka autobusów.


Wołga, wołga.

Pobieda. Na drogach widzieliśmy mnóstwo ciekawostek dla miłośników starych samochodów. Ale nie tylko. Samochody konkurowały z zabiedzonymi końmi, wypasionymi osiołkami, smętnymi mułami.




Prawie każdy pojazd miał swoje tablice rejestracyjne.




Domy ocieplane sianem.

... czy kryte strzechą. Najczęściej malowane na błękitno, charakterystyczna barwa dla ukraińskich wsi.

Huculszczyzna i Mołdawia to krainy ozdobnych studzien. Stoją koło każdego domu, a nierzadko i w szczerym polu. Przy okazji widać ukraiński czarnoziem.Ta ziemia jest rzeczywiście całkiem czarna.

Przy każdej studni jest kubek dla spragnionego wędrowca. Dla pewności przywiązany łańcuchem lub sznurkiem.

Buduje się mnóstwo nowych cerkwi, restauruje stare.








Doświadczyliśmy różnych przygód w podróży. Zdarzało się, że na drodze pojawiały się przeszkody.


Dzieci jak wszędzie są przyjaźnie zaciekawione obcymi.

I odrobina przydrożnego Hitchcocka:

Poza sielskimi widokami widzieliśmy miasta. Słynne potiomkinowskie schody w Odessie

nieco rozczarowują, jak i zaniedbane miasto. Można znaleźć ciekawe zaułki, postaram się pokazać kilka odeskich zdjęć w osobnym wpisie.

Króluje szarość. Barwa eternitu i betonu.
Miasta to głownie bloki. Brudne, odrapane i zakratowane z obawy przed zlodziejami>


Kiszyniów. Widok pasących się koni i krów w miastach już nas przestał dziwić.
Jednak wciąż wywołują emocje bezdomne, głodne psy, których jest wszędzie pełno.



Przygnębiające wrażenie potęgowały zrujnowane wsie.

Wrażenie absurdu sprawiały liczne umajone plastikowymi wieńcami kwiatów "pomniki" czołgów i pojazdów wojskowych.

Katiusza.
A tymczasem w przydrożnym lesie zakwitły piękne intensywnie niebieskie kwiatki



Ktoś spytał, co najbardziej podobało mi się na Ukrainie. Trudno odpowiedzieć.
Piękne są tam rzeki...

Sulina, jedna z potężnych odnóg Dunaju.

Dniestr.

Ogromny, zamglony Dniepr, w dali widoczny Chersoń.

Nad Dnieprem kwitnie handel. Rewelacyjne wędzone, suszone i świeże ryby, "ikra" (kawior), wina
domowej produkcji.
 

Przerwa na zakupy, jedziemy dalej.

Dojechaliśmy na Krym, o nim będą kolejne wpisy.

Nie tylko drogi i krajobrazy były rozmaite, pogoda również zmieniała się wraz z kilometrami.






Krym tatarski


Link 13.04.2008 :: 22:49 Komentuj (5)
Tatarzy krymscy to lud turecki, pochodzący z południowej Syberii, który w dobie Czyngis-chana przemieścił się w kierunku zachodnim. W XIII w. stali się jednolitym narodem. Są wyznawcami islamu sunnickiego. Po upadku Chanatu Krymskiego część z nich wyemigrowała do Turcji, jednak większość została na Krymie. Tuż po wojnie Stalin wysiedlił z Krymu pod zarzutem zdrady ojczyzny wszystkie niesłowiańskie grupy etniczne, Tatarzy zostali deportowani do Uzbekistanu. Na Krym mogli wrócić dopiero w 1989 r.
Teraz na Krymie mieszka ok. 250 tys. Tatarów. Starają się odnowić swoja kulturę.
Meczety żyją obecnością wiernych, pięć razy dziennie rozlega się z wież minaretów śpiew muezina, przejmujący, choć prawdopodobnie płynący z taśmy,osiedla tatarskie wyróżniają się schludnością i barwnością na tle ukraińskiej szarości i niechlujstwa, a kuchnia zdecydowanymi smakami, świeżością potraw i miłą błyskawiczną obsługą.

Zapraszam do spaceru po tatarskim Krymie.

W oddali za Zatoką Kalamicką widać Eupatorię, gdzie mieszka duża społeczność Tatarów i znajduje się jeden z piękniejszych na Krymie meczetów, wzorowany na świątyni Hagia Sofia.

Uliczka w Bakczysaraju ("Miasto Ogrodów"), dawnej stolicy chanów krymskich. Jeden z kilku tamtejszych meczetów.

Eupatoria, miasto karaimów, Tatarów i Ormian.
Dżuma-Dżami (Meczet  Piątkowy) zbudowany w XVI w. przez słynnego architekta Simaniego.

Odezwa do wiernych w Teodozji.

Tatarzy krymscy dbają, by ich zapamiętać po powrocie do domu.



Mieszkaniec Bakczysaraju.

W przedsionkach meczetów, jak i cerkwi wiszą dyżurne chustki dla tych kobiet, które nie mają własnych nakryć głowy.

Ogrzewanie kozą w meczecie w Teodozji.





Arabeski.

Pałac chanów krymskich w Bakczysaraju.

Tatarzy.









Harem.



Fontanna Łez na Dziedzińcu Fontann.

Wielki Meczet Chan-Dżami.

Cmentarz chanów.





Cmentarz w Eupatorii.





"Wostocznaja kuchnia" -tak są anonsowane miejsca, gdzie można zjeśc tatarskie jedzenie. Jest ich na Krymie mnóstwo, a jedzenie dobre, choć wydaje mi się zbyt tłuste.

Szaszłyk barani.

Czebureki bywają wypełnione mięsem, serem, warzywami. Ostro przyprawione, jada się je palcami, po których kapie tłuszcz.


Kolejny odcinek będzie o Krymie prawosławnym i karaimskim.Nie wiem, kiedy...


Wielkopolska prowincjonalna


Link 14.05.2008 :: 21:37 Komentuj (9)
Tak się zdarzyło, że z wielkiego małopolskiego miasta przeniosłam się do małej wielkopolskiej wsi blisko Warty. Zatem zapraszam do obejrzenia pierwszych wrażeń z pierwszych wiosennych dni. Zdjęcia jak i wrażenia jeszcze nieco chaotyczne.
Jak zawsze omijamy wielkie miasta, zaglądamy ciekawsko w boczne uliczki i na cudze podwyrka (tak, tak!) jeździmy wąskimi asfalcikami i piaszczystymi drogami, niekiedy pchając rower przez mokradła lub piachy, by podpatrzyć nadwarciańskie żaby.

Oryginalny rozmiar zdjęć uzyskuje się poprzez podwójne kliknięcie.




Bobrze ślady, liczne w dolinie Warty. Niestety, jeszcze nie udało się zobaczyć zwierzaka, a piękny zimorodek zwiał, zanim zdążyliśmy wyjąć aparat. Zatem należy się zadowolić ptakiem tu bardzo popularnym.

A te żółtodzioby zamieszkały w ogrodzie. Już wylatują z gniazda.



Maj, wszystko kwitnie. Nie zapominam o krakowskich przyjaciołach i znajomych,
ten kwiatek jest dla Was.

Żarnowiec.
Tam bujny bez w ogródku pachnie w wiosennym stylu. (Josif Brodski)



Te zdjęcia dedykuję Darkowi (+ serdeczne pozdrowienia), który twierdzi, że w Wielkopolsce nie ma już strzech od pruskich czasów  :) Proszę uprzejmie:







Polubiłam te stare zagrody, gdzie czerwona cegła łączy się z drewnem, a wokół panuje swojski rozgardiasz. A jeszcze bardziej ciche i spokojne malutkie miasteczka.






Często zwraca uwagę interesująca dla małopolskiej przybyszki architektura.





Jak zwykle ciekawi mnie to, co przetrwało lata. Jak długo jeszcze można będzie zobaczyć takie szyldy?








Ulubione stare detale...



Czasem spodoba mi się jakaś nazwa odszukana na mapie i to jest powód, by tam pojechać.
Esterpole.


Zrujnowany pałacyk w Esterpolu - czy tutaj mieszkała jakaś Estera?

Osamotniony w lesie pod Zagórowem grób dawnego właściciela majątku w Lądzie. W tym miejscu był dawniej kirkut, dziś zostały tylko dwa groby.

Las pod Zagórowem wycinany na potęgę płacze żywicą.
Mnóstwo tu jest ładnej drewnianej architektury.







Dość cywilizacji, wracamy na łono natury.






Koło w koło po Wielkopolsce...


Łodź, Księży Młyn


Link 17.09.2008 :: 00:00 Komentuj (2)
Witam po długiej przerwie, jeśli ktoś ze znajomych tu jeszcze zagląda, pozdrawiam serdecznie. Nieznajomych też..

Mimo, że październik, zapraszam do lipcowej wizyty w łódzkim Księżym Młynie.

































Jesień na twojej półkuli, czyli Pochwała łotrostwa


Link 30.09.2008 :: 00:00 Komentuj (1)
Jesień na twojej półkuli odzywa się krzykiem żurawi...
(Josif Brodski)

Poranek w lesie wielkopolskim.







Nepomuk z Zagórowa








Czaty śmiełowskie





Wiele dworków, majątków,

Ogrodowych zakątków

Wielkopolskie hołubią równiny;

Ale rzec się ośmielę,

Że przełożysz niewiele

Nad uroki śmiełowskiej dziedziny.

Gdzie dygoce Jarocin

Od rockowych wypocin,

Żerków w dawnej świetności się chowa -

Czy się zmierzcha, czy dnieje -

Śmiełów śmiało jaśnieje

Jak stracona w murawie podkowa.

Gdzie ten koń co ją stracił?

Gdzie ziemnianie bogaci,

Gdzie masońskie fartuszki i młotki?

Kustosz z żoną kustoszką

Namyślają się gorzko

Skąd na remont pałacu wziąć środki.

O, nie tak było drzewiej!

A jak było - nikt nie wie,

Bo nie wszystkie się jawią sekrety,

Kiedy chodzi o miłość,

Polityczną zawiłość

I poetę pod wpływem kobiety.

Tu wieszcz Adam dni szereg

Spędził w piekle rozterek;

Czy powstańcze zasilić ma jatki,

Czy - gdy żądza się perli

W romantycznej scenerii -

Wybrać raczej ramiona mężatki.

Tam reduty, potyczki,

Bem, Prądzyński, Chłopicki

Tam krwiożercze Moskali są rzesze;

Ona tu, niedaleczko,

Ot, przejażdżka na rzeczką -

Serce, drżyj! W Budziszewku włos czesze.

A spod grzywki niesfornej

Zerka oczko przekorne,

Kuszą wargi czerwieńsze od wina;

Jeszcze niżej - o nieba!

Wszystko jest co potrzeba

A do tego i mąż - poczciwina.

Trudny wybór. Nie dla niej;

Legło w gruzach powstanie

I legł wieszcz - pod najsłodszym ciężarów.

A wyrzuty sumienia

W patriotycznych skrył pieniach

Za co wdzięczny do dziś jest mu naród.

Wiele jeszcze przed wieszczem

I uniesień i nieszczęść:

Szlak do Turcji przez Prusy i Francję;

Wieszczył, grzeszył i święcił,

Lecz zachował w pamięci

Biały Śmiełów, srebrzystą Konstancję.

Ach, i ja tu uciekłem,

Gdy utarczki przewlekłe

Obalały gabinet Pawlaka,

Bu nie Sejm mieć za oknem,

Ale łąki podmokłe,

Lip gałęzie w jemiołach i ptakach.

Tam skandale i grandy,

Tam odchodzi Falandysz

Tam Namiestnik swój geniusz tłumaczy -

Tu najwyżej doleci

Z pegeeru naprzeciw

Woń gnojówki lub tęskny zew klaczy.

Łotr - kto skrył się w Śmiełowie,

Gdy wichury dziejowe

Rozszarpują ojczyznę na łokcie!

Kto ucieka od strapień

Tu, gdzie nocą w drzwi drapie

Wiatr gałęzią - kochanki paznokciem...

Lecz, jak gromić Adama,

Gdy rozterka ta sama

Zamiast w walce - wyżywa się w piosnkach?

Więc sumienie najszczersze

Dyktowało mi wiersze

Których temat: Pochwała Łotrostwa.
Jacek Kaczmarski






W oddali Śmiełów.



Morskie opowieści


Link 18.10.2008 :: 06:17 Komentuj (0)



















Jedwabne


Link 21.10.2008 :: 18:56 Komentuj (2)
Jedwabne to typowo rolnicze miasto w woj. podlaskim, w powiecie łomżyńskim, siedziba gminy miejsko-wiejskiej Jedwabne...
Tak zaczyna się artykuł w Wikipedii.
 Krótką jesienną "wyprawę na Wschód" zaczęliśmy właśnie od Jedwabnego. Zapraszam do odwiedzenia tego miejsca.
































Dokładnie w miejscu, gdzie teraz stoi ta stodoła, była bożnica.

Wracamy do teraźniejszości.






























Podlasia czar


Link 24.10.2008 :: 13:37 Komentuj (1)
...widzisz brzezinkę za rzeko i słonko: jak z trawy wstaje, prostuje sie
na cztery łapy, przednie zadziera, wyciąga i po brzozach w górę,
czerwone lezie...
(E. Redliński, Konopielka)
Widać wielką dolinę, coś jakby łąki nad rzeką. To chyba Narew. A ta wieża, co miga w dni najsłoneczniejsze, to chyba kościół. Co to za kościół.  Może surażski. Może łapski. A może to pałac Kultury w samej Warszawie?
(E. Redliński, Listy z Rabarbaru).

Zapraszam do wędrówki po bocznych nadnarwiańskich drogach, gdzie błoto, piaski, laski i karaski.
Ale nie tylko.

Narew meandruje, tworzy liczne koryta.









Wieś Narew



Narew -stare i nowe.
Jak zawsze podwójne kliknięcie pozwoli uzyskać oryginalny rozmiar zdjęcia.



Charakterystyczne są pustki  na ulicach i placach małych kresowych miasteczek.
Nieco za wsią (miasteczkiem?) w głębi lasu udaje nam się odnaleźć zapomniany cmentarz.











Zaczęła się "kraina otwartych okiennic"

Puchły







Soce. Charakterystyczna zabudowa, domy ustawione są szczytami do drogi.





Trześcianka





Kraina przydrożnych krzyży...

...niekiedy kunsztownie malowanych.





Narew nam towarzyszy w całej wędrówce.







Zabludów  dawniej wielokulturowe miasteczko. Dziś senna wieś.

Ohel cadyka na zdewastowanym zabłudowskim kirkucie.

Orla - piękna barokowa synagoga. Przedwojenne zdjęcia tej synagogi można zobaczyć tutaj

Ile rąk dotykało tej klamki...







Pełna ludzi cerkiew w Bielsku Podlaskim.



 Warwara

Do zobaczenia w Tykocinie.



[Tykocin] Sztetl Tiktin


Link 26.10.2008 :: 18:54 Komentuj (1)
Wy, którym świat objawił się we Wrocławiu, Gdańsku czy Bydgoszczy, a
nie daj Boże, w samej Warszawie. Ci, którym w otwieraną po raz pierwszy
źrenicę oka wbiła się stalinowska strzykawa Pałacu Kultury. Czyli -
inni. To wy jesteście – oni! Małe miasteczko to na mapie jak
przypadkowy ekskremencik muchy śród skupisk ludzkich uprawnionych
magdeburskim przywilejem do szumnej nazwy – miasto. Ktoś, kto urodził
się kilka kroków od rzeki, plastycznej pojmuje dookolność, niźli ten,
któremu zawsze będzie dobrze w przewidywalnej przestrzeni akwarium. Ten
właśnie posiada genetyczny imperatyw nakazujący w wartkim strumieniu
płynąć tylko pod prąd. Z nurtem płyną jeno śmieci.

- Dywagował łagodnie Val B. – ongiś pierwszy hipis grodu Tykocin,
poprzez który transferowała z Białorusi via Bug wie gdzie swoje muliste
wody rzeka Narew. Pamiętny rok 1967. Jimi Hendrix szedł „All long the
watchtower” grając zębami na strunach białej gitary i grdyce epoki.
Epoki Beatlesów i Boba Dylana. Każdy z jego wyznawców czekał kiedy „...
zdradzieckie ci ognie zapalą, wtedy ty patrząc w dal, będziesz płynął
wśród fal, aż sam w końcu staniesz się falą”. I wtedy li tylko za
długie włosy i koszulę w kwiaty wywieźli go suką milicjanci prosto z
kawiarni kilka kilometrów za miasteczko. By wracając na piechotę
rozważył, iż Lenin miał inną fryzurę, a wyróżnić się można z totalnej
szarzyzny tylko przy pomocy jaskrawoczerwonego krawata i takiegoż doń
suplementu poglądów. Cóż, taki był urok i koloryt minionych czasów, a
barwny odmieniec na tym tle był zanadto widoczny. Bo w miasteczku, co
trzeba dokumentnie odnotować, wszystko jest policzalne. I odróżnialne.
I przewidywalne. Bo ścigać się można aż i tylko do kreski horyzontu.
Był tu samorodek artysta Backiel co palcami unurzanymi w barwnej brei
farb malował tak orgiastyczne fantasmagorie, że dla takich erotomanów
obraźników jak Miet Olszewski czy inny Bruno Blum bądź Valley`o,
mogłyby stanowić viagrę twórczą. Nad wodą letnimi wieczorami siadał
niespełniony tancerz baletowy Zygmunt i swój nieutulony żal do
Terspsychory transponował na serenady na trąbce. Grał, rzewna muzyka
niosła się niczym rzeczne radio, ludzie na obu brzegach zasłuchiwali
się. Był tak i lokalny głupek jak i ambitny dziennikarz, i ci
literalnie wszyscy niezbędni, których na potrzeby uniwersalnego dramatu
wydumywali tak Szekspir jak i Wyspiański. Czy Redliński, który o dobry
rzut kamieniem stąd, napisał kiedyś uznaną powszechnie „Konopielkę”.

A Val B. miał dzisiaj zaistnieć w nieznanej mu jeszcze roli przewodnika
turystycznego. Kolega poprosił. Tykocin to było „miasteczko-bajeczka”
jak ochrzciła je tutaj sama poetessa Agnieszka Osiecka. Kroniki
miejscowe odnotowały, że w mordowni „Narwianka” odważnie zamówiła
talerz zupy pomidorowej i literatkę wódeńki. A potem ruszyła w
miasteczko by zakochać się w nim. Perle podlaskiego baroku – jak
mawiają znawcy. A tak dla symetrii myślenia – czy można się zakochać w
takiej na przykład Gdyni? Idziesz Świętojańską w dół, i tam gdzie
kwadrans temu był przytulny antykwariat, już na rzeźnickich hakach drżą
świńskie golonki i podgardla w rytmie mknących traktem trajtków. W
miejscu Cafe „Metafora” - bank. Na Skwerze Kościuszki, na tle
dziurawego „Daru Pomorza,” rozwibrowana szarańcza turystyczna (nalot
jak mówią Kaszubi) z Wrocławia, Częstochowy i Bydgoszczy, kupując
muszelki, bursztyn, lusterka i paciorki, obżera się hamburgerami.
Jednym słowem – ohyda. A w Tykocinie taki turysta ma od chwili
przyjazdu wielce poważny dylemat religijny. Czy zacząć paść oczęta
rokokiem kościoła, czy może napawać się pięknem rotundowej synagogi?
Sam prezydent Izraela Chaim Herzog wpisał do księgi, że „czuje się tu
obecność Boga”. Po polsku, zali rodzina jego z miasteczka spod
nieodległej Łomży wywodzi. A mówiło się, że i meczecik tatarski tu też
był. Bo po cerkwi pozostała tylko ulica Zacerkiewna. Ot szczegóły, ale
cała nasza vistość to algebra takich szczegółów. – Pokażę im najpierw
tamożnię czyli dawny carski urząd celny. Zawiadywała nim rodzina
Ezofowiczów. –Tak, tak – państwo się nie mylą Meir Ezofowicz ten z
tytułowego dzieła Elizy Orzeszkowej to tutejszy...bo Elizie opowiedział
historię tego rodu celników sam Józef Ignacy Kraszewski, który tu wpadł
do dworku Zygmunta Glogera... rozpędził się Val... – Ba! Ale kto z nich
w Izraelu teraz czyta takie lektury? – zreflektował i nieco wyhamował.
Gdzieniegdzie czytają, bo jak był ostatnio na wycieczce w Gdyni, to
znajomy literat Hil, przekonywał go fraszką, że w 3Miasteczku „dzień
zaczyna się od Hwina”. Tubylcza inteligosfera jest gotowa już od świtu
sycić włókna asocjacyjne jakimś jego foremnym i kalorycznym
moralitetem. Hmm... „Neron był ewidentnie artystą. A Rzym spłonął bo
strażacy nie mieli jeszcze patrona – świętego Floriana. Tak to
ewidentnie widać, jak chrześcijaństwo nie nadążało za
sztuką”...Intele-tango z Venus z Milo...Dalej? Proszę... „Grass był w
SS. To co? W ogólnym rachunku zysków i strat” - przekonuje sezonowy
poprawny politycznie 3Miejski wieszcz. Relatywizm = ważenie =
handel...Etc...etc. – skrzywił się na toVal B. i sięgnął po podręczny
notes gdzie sygnowana wczorajszą datą tkwiła „Saga o jaćwieskiej
księżniczce Tagoi”. Wczoraj skończył ją pisać i doznał wtedy uczucia
ewidentnej satysfakcji. I ulgi. Bo zaczęło się to od wyłowienia z Narwi
rekwizytu sprzed dziesięciu co najmniej wieków. Chwila nieuwagi przy
spinnigowaniu i kotwiczka zahaczyła o dno i coś jeszcze. Była to
misternie kuta tak zwana listkowa klamra. Jaćwieska – jak ocenił
znajomy muzealnik. Val B. udał się do rymarza (taki zawód jeszcze
istniał i funkcjonował tutaj) gdzie zażyczył sobie dopasowania doń
solidnego rzemienia. Pas jaćwieskiego wojownika wyglądał okazale, ale
sprawa się jak to mówi – zapętliła. Val przed zaśnięciem miał zwyczaj
tworzyć pajęcze struktury przyszłych opowiadań czy metafory do satyr,
pamfletów i epigramatów. Teraz, dociekając historii klamry w ogóle nie
mógł zasnąć. Tworzył wizje grodu zdobywanego przez Jaćwingów. Bitwy i
rzezie na wałach obronnych. Wyobraźnia niosła mu też jakieś
fantasmagoryczne pojedynki wojów potykających się o rękę jakiejś
księżniczki. Postać kobieca miała czytelne rysy Barbary Radziwiłłówny,
która po śmierci męża Olbrachta Gasztołda zarządzała tykocińskim
zamkiem. Aż w Wilnie poznała Zygmunta Augusta. I przybyli już razem do
Tykocina, by stąd panować. I kochać się... Te natrętne migawki z
jakiejś przeszłości mieszając się ze szmatławą na ogół dookolnością
Made in Polant przepoczwarzały się w sny na jawie i bez barbiturantów
Morfeusz nie chciał przychodzić. Aż do wczoraj, kiedy to z mózgowych
włókien asocjacyjnych poczęła nieuchronnie spływać na papier rzeczona
saga o księżniczce. Ochrzcił ją Tagoja. I pisał. I ku zdumieniu autora
dość długiego wierszydła (acz jeszcze w brudnopisie) sen ostatniej nocy
przyszedł jak po czteropaku mocnego portera. Coś w tym musiało być...

Wycieczka, którą miał Val B. pilotować była jak większość tu
przybywających, z Izraela. Przed wojną żyli tu zgodnie Polacy i Żydzi.
I jedni i drudzy szczycili się swoimi znakomitościami. Gdy tu umierał
Łukasz Górnicki, wielki pisarz i bibliotekarz królewski, to w tym
czasie rodziła się już Rebeka Tiktiner, by tu też stworzyć traktat
filozoficzny „Meneketh Ribhka” o wychowaniu i obowiązkach kobiet. Poeta
składający rymy w idisz, Ibrahim Siemiatycki, szpanował garniturem
szytym w niedalekim Wilnie. U Cohena. Tak - tak – dziadka Leonarda.
Świat jest mały, a monstrualne metropolie tylko z pozoru są wielkie.
Zresztą to co zbyt wielkie, w kosmosie zapaść się musi z czasem w
czarną dziurę czy białego karła – a małe zawsze jest piękne. I
niepowtarzalne jak meteor. Jak to twierdzą przyrodnicy – w miasteczkach
chętniej żyją motyle – w miastach osy. Wielki potop sowietów wlał się
do Tykocina 17-tego września 1939r. Stefan Czarniecki – stracił wtedy
prawicę ze złotą buławą. Hetman wykuty z piaskowca jest pierwszą figurą
pomnikową (świecką) - w Europie. Czesał on stalową różdżką Podole
niespokojne, dał łupnia Szwedom, a i dzisiaj przydałby się taki
„bezkompromisowy zamordysta” w euroniedorzeczu Odry i Narwi...zamyślił
się Val B. – O! Pokażę im najpierw alumnat. XVI wieczny przytułek dla
bezdomnych żołnierzy Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Teraz jest tam
hotel, prowadzi go emerytowany proboszcz. Całkiem niedawno grono
przyjaciół Vala, zwane Zakonem Dylanitów, zrobiło tutaj zlot. I
proboszcz był tego wieczora całkiem udatnym kelnerem. Bo...ten alumnat
kupiła parafia, a widocznie za zasługi, część tego zabytku klasy zero –
hierarcha z kurii proboszczowi podarował. Nie , nie oddał – sprzedał za
złotówkę. Tak zwaną symboliczną. W imieniu parafii miał dokonać tego
wikariusz, czyli podwładny kupującego. Ale gdzie by miał głowę do
takich operacji b.proboszcz. Zapomniał nawet tą złotówkę uiścić. On już
się martwił, że przyjeżdża doń na polowanie sam arcybiskup polowy. A że
słabo purpurat strzela to ...może mu zajęcy dostrzeli dyrektor banku
rolniczego. Jak to w małym miasteczku...- Proboszcz zna języki to i sam
coś ciekawego opowie tym z Izraela, wędrującym po Polsce śladami
dziadków. - Upewnił się Val B. co do koncepcji cicerone w sutannie. A
propos sutanny. To zupełnie przypadkowo błysnął mu teraz kadr z
przeszłości. Religii uczył go ksiądz Michał Czajkowski. Przypadek?
Czyżby?!..Religia jeszcze była wtedy w szkole. W tymże budynku dawnego
sądu kasztelańskiego ojciec Dawida Warszawskiego domalował wąsy na
portrecie cara. I musiał uciekać „z Tykocina za ocean”. I taki jest
tytuł książki, którą skrybnął Bolesław Gebert – założyciel
komunistycznej partii USA. – Tu zna się wszystkich, a w dużym mieście
ludzie nie znają nawet sąsiada z klatki schodowej. A czy ktoś podumał
nieco nad samą perfidią kondensacji semiotologicznej - „klatka
schodowa”. Deminutyw z założenia. Brzmienie odpadowe. Wydźwięk
więzienno-przestrzenny. – Ech – splunął. Przez lewe ramię bo był
prawicowcem. Przesądny nie był ale... Kiedy tak deliberował na stary
rynek zajechał luksusowy autokar firmy Man z men&women from Israel.
Val B., który amatorsko tłumaczył Shelley`a na nasze, witał
wysypujących się z blaszanego wieloryba autokaru – turystów z krainy
Jonasza: – Welcome in sztetl Tiktin – łącząc język Szekspira z idisz.
Znakomitą większość stanowili młodzi, smagłolicy, smolistowłosi płci
obojga, tak na oko osiemnastolatkowie. Było i kilkoro starszych,
wysiadali jako ostatni, jakby z obawą. Młodzi w niewielkich myckach na
czubkach głów emitowali zeń decybele jak na targu czy dyskotece. Val B.
wśród nich namierzył wysoką, ciemnobrewą, wyróżniającą się piękność o
migdałowych oczach. – Czy jesteś może kuzynką Racheli Tiktin z
Hollywood? – spytał z uśmiechem. – Tiktin to w idisz – Tykocin i
przodkowie tej gwiazdy są z Tykocina – dodał z przekonywującym
aktorstwem.

- Niestety nie. – odpowiedziała indagowana. - Nazywam się Eva Naftali i
jak wiem to z opowiadań, ktoś z dalekiej rodziny dziadka był znanym
poetą u was. Tyle, że w Warszawie. Ale nie tylko dlatego tu teraz
jestem. Po lukrowanym krakowskim Kazimierzu – Tykocin ma być ponoć
taki, jaki i bywał przed wojną. – ripostowała skrótowo dziewczyna.

- Tak się składa Evo, że tym prześwietnym poetą z biblijnego rodu
Naftali to może być li tylko Jonasz Kofta, zmarły osiemnaście lat temu.
Znałem go. Bywał tu w Tykocinie. – dodał .

Ta niespodziewanie odkryta relacja konkretu i przestrzeni, enigmatu i
teraźniejszości skutkowała natychmiastową ciszą rozgadanej młodzieży.

Val B., wszakże dzisiaj przewodnik, natychmiast to wykorzystał.

– Małe miasteczka są jakby stworzone do dramaturgii istotnych,
symbolicznych wydarzeń. Tykocin czy Anatewka. Zważcie państwo, że chyba
prawie wszystkie cuda wydarzyły się w małych miasteczkach.

- Nieco chyba się zagalopowałem – zreflektował się z uśmiechem.

- Niezupełnie. Wcale pan się nie zagalopował, cuda tu się zdarzają –
czystą polszczyzną zwrócił się do wprost do przewodnika szczupły stary
człowiek stojący za plecami młodzieży.

- Chwilkę, proszę pana – dodał pospiesznie, by już po hebrajsku zwrócić
się do wycieczki. Młodzi w coraz większym skupieniu słuchali starszego,
mocno gestykulującego pana, który z dozą szczerego wzruszenia coś im
sugestywnie i głośno perorował.

Eva przesunęła się nieco w stronę Vala i ściszonym głosem tłumaczyła:
„pan Gerszon urodził się i mieszkał w Tykocinie. O, ten dom na
północnej pierzei rynku... - Rzeczywiście w tym domu był onegdaj sklep
żelazny Gerszonów – konstatował również zaskoczony przewodnik. Autor
totalnej siurpryzy skończył tymczasem objaśnienia dla młodych i teraz
zwrócił się do Vala B.:

- Nazywam się Aszer Gerszon i urodziłem się w tamtym domu. – pokazał. -
I kiedy w sierpniu 1941r. Niemcy spędzili wszystkich Żydów na plac
przed kościołem...Tam przed pomnik Czarnieckiego. Tak, to był 24-ty
sierpnia. My wtedy nie wiedzieliśmy, że w lesie pod Łopuchowem są już
wykopane głębokie doły dla nas. Ja miałem trzynaście lat. Szedłem z
mamą ulicą Złotą, z rynku właśnie na plac gdzie już byli wszyscy. I
gdzieś koło piekarni kuzyna Choroszuchy mama popatrzyła mi tak dziwnie
przenikliwie w oczy i powiedziała:

- Aszer, ty już po Bar Micwa, ty jakby dorosły, wróć i sprawdź bo ja chyba nie zamknęłam porządnie sklepu na skobel.

Uścisnęła mnie szybko i mocno i pchnęła w takie przejście do ulicy

Browarnej. Tą małą, cichą uliczką wróciłem do domu od strony rzeki.

Dębowe solidne drzwi sklepowe były zawarte na skobel i kłódkę.

Zrozumiałem. I nie poszedłem na plac. Z tamtego małego okienka na

Strychu – wskazał niewielki romb pod kalenicą – widziałem jak

esesmani eskortowali cały ten jakby pochód nie wiadomo dokąd.
Kilkanaście lat temu zobaczyłem na scenie Hajfie „Skrzypka na dachu”.
Musical. I oniemiałem. Jak z Anatewki, Żydzi tak samo wychodzili wtedy
z Tykocina. Na czele przed wszystkimi szedł skrzypek i grał. I za nim w
milczeniu szedł cały sztetl Tiktin. Prosto spod Wiatrakowej Góry za
Tykocin do łopuchowskiego lasu...- jakby zakończył zdanie.

– A pan, miał wtedy tylko kilkanaście lat. – wtrącił mimowolnie przewodnik Val B.

– Cóż tam ja? – kontynuował Aszer Gerszon – kilka dni tułałem się po
lasach, aż dotarłem do dalszej rodziny w Knyszynie. Potem Szwecja, USA
i w końcu końców – Izrael.

– Wydarzeń i życia na nie jedną dobrą książkę – zauważył Val B.

– A po co komu książka – ja żyję – zripostował Gerszon – wpatrzony w
rząd starych domków z północnej strony rynku. – O widzi pan – wskazał
palcem. Na otwartych, tak zwanych dwuskrzydłowych solidnych dębowych
wierzejach, wisiał ciężki skobel. Solidny płat stali kuty ozdobnie.

– Teraz te rekwizyty jak i te kamieniczki to zabytek – uzupełniał przewodnik.

– A ja nic do nich nie mam. Ja tylko chcę wyjechać z Tykocina z takim
właśnie - skoblem. Jest tu jeszcze jakiś porządny kowal? – spytał.

– Jest. I to bardzo porządny. Jak w każdym przyzwoitym małym miasteczku.

Tadeusz Buraczewski



Narew pod Tykocinem.

Plac Stefana Czarnieckiego przedwieczorny. Tykocin już wymarł.





Po godzinie 17 w Tykocinie nie spotkasz żywej duszy.
Najwyżej snują się duchy...

Synagoga.

Szałas zbudowany na święto Sukot.





Ulica Browarna.

Kościół Trójcy Przenajświętszej.









Wszędzie spotykamy ślady przeszłości.





Tykociński cmentarz...





...żydowski jest profanowany i bezczeszczony. Mimo ogrodzenia stał się pastwiskiem dla krów.

Łopuchowo - miejsce wymordowania tykocińskich Żydów.





Nie wiem, czy wrócę do Tykocina. Jestem przekonana, że chociaż raz w życiu trzeba odwiedzić to dziwne miasteczko nad Narwią.




Mgła...


Link 27.10.2008 :: 20:56 Komentuj (0)
...zasnuła Wielkopolskę.





Pora wyruszyć w poszukiwaniu jesiennego słońca?


[Wlochy 1] Raj dla cyklistów


Link 17.11.2008 :: 00:04 Komentuj (2)
Podczas późnojesiennej włoskiej włóczęgi spotykaliśmy tam wszędzie, w miastach, miasteczkach i wsiach mnóstwo rowerzystów; w różnym wieku i wyposażonych rozmaicie. Wspinali się po ostrych zakosach górskich dróg, pomykali nadmorskimi promenadami, przemierzali wąskie uliczki starych miasteczek.
Trochę wrażeń poniżej.



Jadę na rowerze słuchaj do byle gdzie



Może byś tak Damian wpadł popedałować




Rower mam posłuchaj w taki różowy jazz











Ubierz się w obcisłe bo to warto mieć styl




I depniemy sobie ode wsi dode wsi



Może byś tak Damian wpadł popedałować


Flaga na maszt


Irak jest nasz
A rower jest wielce OK







Rower to jest świat


Dziki pies patoldy słuchaj nie gadaj że
Też tam jest a potrafi się wściec



Otóż rower nas ocala jak grom petroladę



Zup terroru Damian chyba mamy już dość
Deser się należy bo od wojny masz szok


Może byś tak Damian wpadł popedałować


Ja jestem spoko kolarz
I mam na imie Trish


A oto ludu wola


Cool na maxa full i ekstra


Z powodu karambola


Obsunął mi się strój



Ubierz się w obcisłe bo to warto mieć styl



I depniemy sobie ode wsi dode wsi





Może byś tak Damian wpadł popedałować
A rower jest wielce OK


Tekst oczywiście Lecha Janerki.
Kolejne włoskie odcinki niebawem.


[Włochy 2] Toskania w listopadzie


Link 18.11.2008 :: 20:48 Komentuj (5)
Wypisano tomy na temat walorów Toskanii, a tutaj jest tylko kilka wrażeń.









Chianti.
W oddali i poniżej Castellina in Chianti



























































San Gimignano.
Więcej obrazków z miasteczek będzie w jednym z kolejnych odcinków.













Rozpadał się deszcz, uciekamy więc na południe (jeden z kolejnych odcinków).


[Wlochy 3] Miasta i miasteczka


Link 22.11.2008 :: 19:35 Komentuj (3)
Na początek zapraszam do miasteczka, które wywarło może największe wrażenie.
Pitigliano, to jedno z etruskich miast położone w południowej Toskanii, którego początki szacuje się na między IX a VII w p.n.e. Zbudowane jest na skalnym tufie.

























Nad Pitigliano zapada noc, a przed nami kolejne średniowieczne kamienne miasteczko, Saturnia.










Sorano to kolejne stare etruskie miasteczko. Kilka obrazków poniżej.









Wędrujemy na południe Włoch...





Amalfi



Cetara.

Fondi



Gaeta.

W oddali La Spezia



Lerici. We wszystkich włoskich miastach i miasteczkach kwitnie w listopadzie mnóstwo kwiatów, głównie cyklamenów. Dorodne, różnokolorowe są hodowane, a mniejsze, różowe o pięknym zapachu rosną dziko, tworząc kolorowe kobierce.







Maiori, pogodne miasteczko nieopodal Neapolu.

Orbetello położone jest na przesmyku łączącym ląd z porośniętym lasem piniowym półwyspem Argentario.

Porto Ercole. Na górze widoczna szesnastowieczna twierdza.
 
Porto Santo Stefano.
Oba porty leżą na pięknym półwyspie Argentario.





Sorrento.

Sperlonga.

Terracina.





Riva del Garda





Salerno.











San Gimignano.
Bolą już nogi od spacerów po historycznych brukach, wyślizganych przez stopy i ciżmy pokoleń, a oczy od monitora?
To jeszcze krótki wypad do Florencji, a w kolejnych odcinkach odpoczniemy już na śródziemnomorskim łonie przyrody i pojeździmy sobie po trekingowych dróżkach, może też spotkamy się z mieszkańcami miast i miasteczek...

Florencja.







Ponte Vecchio



























Pozdrawiam Wytrwałych!



[Włochy 4] Ludzie zwykli i święci...


Link 24.11.2008 :: 21:41 Komentuj (0)
...widziani przelotem, czyli życie potoczne...































































































Mówiłam, że lubię Felliniego?
Jest taki taki stary film, "Wałkonie" (I Vitelloni).

Po latach...

...to tylko się zmieniło, ze wygodniej siedzieć, niż stać.







[Włochy 5] Nie samym duchem...


Link 30.11.2008 :: 19:44 Komentuj (4)
... człowiek żyje. Czasem trzeba też zainteresować się strawą cielesną, która...

...najpierw pływa w morzu...








...potem wystawiona jest w sklepie...



...aż w końcu ląduje na talerzu.

Owoce daje nie tylko morze.







Wszędzie bujnie plenią się dzikie zioła.


Rozmaryn.
Oczywiście nie mogło zabraknąć pizzy.

Ta w Amalfi  w pobliżu Neapolu była dobra, ale...

...przygotowana przez tego pizzaiolo w Desenzano del Garda najlepsza, jaką jadłam w życiu.
Poniżej mistrzowski wyrób.

A może by tak łyk wina?

Drogowskaz pomaga trafić do wytwórców wina i świeżej, gęstej oliwy.

 Chianti z niewielkiej toskańskiej winnicy.
Jeśli znów zgłodnieliśmy, można posilić się jakąś przekąskę ze sklepu.





Najlepsza jest buffala Mozzarella

...wytwarzana z mleka uzyskiwanego od tych właśnie zwierząt.
Tymczasem nadeszła pora na deser.

Polecam nugat ze Sieny.
Po tym wszystkim należy wypić kieliszek limoncello.



[Włochy 6] La Strada


Link 01.12.2008 :: 00:00 Komentuj (0)
Każde miejsce poznaje się najpierw poprzez drogę.
Na zakończenie włoskiej opowiastki kilka landszafcików drogowych i przydrożnych.









Drogi bywają gładziutkie, a częstym na nich autkiem jest Ape.
Ape to po włosku pszczoła, ale też marka trójkołowych pojazdów, pierwszy taki pojazd skonstruowano w 1948 roku. Służyły one w
handlu, usługach, ogrodnictwie. Pojazd bywał
bezkonkurencyjny na wąskich uliczkach włoskich miast i miasteczek,
motoryzował Italię.

Pszczoły i osy (Ape i Vespa)

W pełnej trzykołowej krasie, choć na włoskich drogach spotykamy nie tylko osy i pszczoły. Koty tam czują się całkiem nieźle.

Wybieraliśmy drogi rozmaite.







Znak drogowy namalowany wprost na skale.

Coraz węziej, coraz stromiej.
Ale za to niespodziewane spotkania...

i krajobrazy.





A wokół bujna, na przekór listopadowi, przyroda.






Nie znam nazwy tej rośliny...

Bujnie pleni się aloes.

Dzikie cyklameny pachną odurzająco.

Opuncje i pinie. Będę zimą tęsknić do ich widoku.

Tu, gdzie dziś są skały, dawniej szumiało morze.

Agawa ginie po wydaniu kwiatostanu.



Coś wyzywająco kwitnie, czerwone, niczym ubranko św. Mikołaja, bo tu już grudzień.
Grzeczne dzieci dostają prezenty.



Na obrazku witraż z kościoła Dell'Inviolata w Riva del Garda.
Co znaczy, że święta blisko.




[Drezno i Lipce ] Wesołych Świąt!


Link 23.12.2008 :: 21:08 Komentuj (1)
Wielkie niemieckie miasto i mała polska wieś. Świąteczne przygotowania wyglądają podobnie.








W Wigilię każdy do żłobu się pchałby:
w delikatesach ścisk, błoto i zaduch.
Z powodu puszki kakaowej chałwy
organizuje oblężenie lady
tłum objuczony, grożąc samosądem:
każdy sam sobie królem i wielbłądem.








Torby, pakunki, worki, siatki, tutki,
czapki, krawaty, przekrzywione na bok.
Wszędzie woń dorsza, cynamonu, wódki,
świec, mandarynek, igliwia i jabłek.
Przez chaos twarzy i śnieżną zawieję
nie da się dojrzeć ścieżki do Betlejem.
Roznosiciele ubożuchnych darów śpieszą się,
skaczą do tramwajów w biegu;
w wyrwy podwórek wsiąka z wolna naród,
choć wie, że nie ma w stajence niczego:
nie ma bydlątek, żłobu, ni tej Pani,
nad której głową nimb złoty się pali.

Josif Brodski, fragment: 24 grudnia 1971 roku, przekład St. Barańczak


Tymczasem w drezdeńskim Kulturpalast koncert Woody Allen and his New Orleans Jazz Band.
A w Reymontowskich Lipcach cisza.












...dzisiaj jest środa, jutro czwartek.
Rocznicę - bardzo na to liczę -
postaramy się uczcić bez lodu,
chroniąc przed następnymi zmarszczkami policzek.

Josif Brodski, ***, 1985, przekład Katarzyny Krzyżewskiej

Wszystkiego dobrego życzę Wam w Wigilię Bożego Narodzenia.
Świąt takich, jakie lubicie - w ciszy, lub zgiełku, kameralnie, czy w tłumie - niech Wam będzie ciepło i szczęśliwie.
Serdecznie pozdrawiam!



[Wielkopolska] Ptaszki...


Link 31.12.2008 :: 20:13 Komentuj (4)
...z wielkopolskiego podwórka dla Was na miękkie, puchowe wejście w Nowy Rok.



Sikora modra

Dzięcioł duży, młody, urodzony w tym roku.





Bogatka.





Akrobata-rozbójnik, czyli kowalik.

Sosnówka.

Dobrego Nowego Roku!
:)


Załóż bloga

Archiwum

2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007

Linki
Kirkuty polskie
Sztetl
Mezuzy
Nepomuki
Leszek Andzel - rowerem po świecie

Księga gości


Napisz do mnie.




Nakarm głodne dziecko 
- wejdź na stronę www.Pajacyk.pl

http://www.nigdywiecej.org

Creative Commons License
Wszystkie zdjęcia na tej stronie są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 2.5 Polska.

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl